Dieta:
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
Wyzwanie:
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
Jestem wściekła.
Ale to tak naprawdę, naprawdę wściekła. Do diety się stosuje - nie wychodzę poza 1000 kcal nawet 800 kcal nie przekraczam(!), więc waga powinna tak czy inaczej spadać. Ćwiczę, robię przysiady, rozciągam się. Od dwóch dni cierpiałam na zakwasy mięśni, o których istnieniu nie miałam pojęcia, ale pomimo to i tak byłam na siłowni i dałam z Siebie wszystko, do prawie omdlenia. Zjadłam 700 kcal i spaliłam 750 kcal. I zgadnijcie co? Na wadze dzisiaj 66.8 kg czyli 200 g więcej niż ósmego dnia diety, a mamy dwunasty. No chyba się popłaczę...
Ciąży nade mną jakieś fatum! Ta nieszczęsna 66 się mnie przyczepiła i nie chce puścić. To tak jak na początku z tymi 72 kilogramami. Ja rozumiem, że tłuszcz to nie wosk i nie topi się w ciągu 24 godzin, ale jednak od świąt powinno się cokolwiek ruszyć albo stać w miejscu. NIE WZRASTAĆ.
Ale NIE! Koka to gruba świnia i będzie tyła z powietrza.
Super. Z fazy "pokochać Siebie" przechodzę powoli w "nienawidzę Siebie".
Po takich dniach mam ochote rzucić tą bądź co bądź "zdrowaszą dietę" i wrócić do tych 550 kcal. One przynajmniej przynosiły jakieś efekty i wiedziałam dlaczego się głodzę.
Chyba tylko takie kawałki jak ten trzymają mnie przy zdrowych zmysłach:
Bilans:
Nic - 0 kcal
grubasy nie zasługują na jedzenie, a i tak tyje z powietrza, haha.
I tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy wpis:
Trzymajcie się szczupło! ;*
